Geheimnisvolle Welten - Tajemnicze światy -  Mysterious worlds - Dr. Jan Pająk
Nowa Zelandia - rozdziały - Druckversion

+- Geheimnisvolle Welten - Tajemnicze światy - Mysterious worlds - Dr. Jan Pająk (https://wohin-woher.com/NV)
+-- Forum: po polsku (https://wohin-woher.com/NV/forumdisplay.php?fid=10)
+--- Forum: Kopie stron internetowych (https://wohin-woher.com/NV/forumdisplay.php?fid=11)
+---- Forum: strony internetowe w poszczególnych rozdziałach (https://wohin-woher.com/NV/forumdisplay.php?fid=82)
+---- Thema: Nowa Zelandia - rozdziały (/showthread.php?tid=4060)



Nowa Zelandia - rozdziały - tina - 22.11.2020

...


F2. Nowa Zelandia - rozdiały - tina - 22.11.2020

#F2. Legowiska Taniwha'ry:

     Nowozelandzcy Maorysi mają liczne legendy referujące do strach budzących stworów, jakie oni nazywają "Taniwha" (słowo to wymawiają oni w przybliżeniu jako "tanifar"). Faktycznie to niektórzy Maorysi twierdzą, że widzieli te potwory nawet i w dzisiejszych czasach. Owe stwory są im znane pod dwoma postaciami, tj. (1) gigantycznych latających potworów. oraz (2) szkaradnych istot nieco podobnych do ludzi, a pokazanych na zdjęciu "Fot. #D1" ze strony o nazwie Wizyta w Nowej Zelandii, oraz na zdjęciu "#G2b" ze strony o nazwie Kościół Świętego Andrzeja Boboli. Jeśli zaś ktoś przeanalizuje wygląd i zachowanie się owych stworów, owo zachowanie dokładnie odpowiada zachowaniu dzisiejszych wehikułów UFO i załogantów tychże wehikułów. Stąd jest wysoce prawdopodobne, że Maorysi którzy nie znali maszyn, wzięli latające wehikuły UFO i ich załogantów za mistyczne stwory nazywając je generalnym określeniem "Taniwha". Taka możliwość jest dodatkowo potwierdzana faktem, że identyczną nazwą "Taniwha" Maorysi zwykli nazywać zarówno owe gignatyczne potwory, jak i owe szatańskie stworzenia ludzko-kształtne jakie kontrolowały (latały) w owych gigantach - tj. ludzko-kształtne "Taniwha" z folkloru Maoryskiego są podobne do dawnych "serpentów" i "diabłów" oraz do dzisiejszych "UFOnautów" z folkloru europejskiego. Wygląda więc na to, że dawni Maorysi byli skołowani widząc ogromne latające wehikuły UFO, z jakich wyłaniali się szatańsko usposobieni członkowie załogi tych wehikułów. Dlatego też nazywali oni "Taniwha" zarówno same wehikuły UFO jak i załogantów tych wehikułów UFO. 
     Dziwne podobieństwo pomiędzy wehikułami UFO a gigantyczną wersją Taniwha, polega też na tym, że każde z nich ma tendencję do ukrywania się przed ludźmi wewnątrz jaskiń jakie odparowane zostały przez wehikuły UFO we wnętrzu samotnie stojących wzgórz. Zgodnie z legendami Maorysów, istnieje sporo wzgórz w Nowej Zelandii, które posiadają w swym wnętrzu ogromne beczko-kształtne jaskinie. W tych jaskiniach potwory Taniwha ukrywały się przed ludźmi. Jak dotychczas dowiedziałem się o takich Taniwha ukrywających się we wnętrzu: (1) Saddle Hill koło Dunedin (pokazanym tu na "Fot. 2a"), (2) Matanaka Hill koło Waikouaiti (pokazanym tu na "Fot. 13b"), (3) świętej góry Puketapu koło Palmerston, (4) góry Nimrod koło Timaru, oraz kilku dalszych jakich nazw ani położeń nie zdołałem zarejstrować. Jeśli ktoś przeanalizuje dokładnie owe góry jakie mają ukrywać w sobie Taniwha, okazuje się wówczas że góry te są ustawicznie pokrywane świeżymi pierścieniami telekinetycznie stymulowanej roślinności. (Można zobaczyć takie właśnie pierścienie na fotografii z "Fot. #F5", a także "Fot. #E2" i "Fot. #I3".) Z kolei jest już nam wiadomym, że właśnie takie pierścienie stymulowanej roślinności są formowane kiedy wehikuły UFO działające w trybie "telekinetycznego migotania" wolno zanurzają się pod ziemię. (Czym jest ów stan "telekinetycznego migotania", wyjaśnione to zostało na stronie Telekineza.) Czyli owe wypalone pierścienie roślinności są rodzajem materiału dowodowego jaki potwierdza prawdę w opowiadaniach Maorysów o Taniwha ukrywających się w jaskiniach zlokalizowanych we wnętrzu owych samotnych wzgórz! 
     Aby wszystko było nawet jeszcze bardziej niezwykłe, podczas moich badań UFO spokałem naocznych świadków, którzy faktycznie zostali uprowadzeni do wehikułów UFO zaparkowanych w takich jaskiniach z wnętrza samotnych gór. Jeden z tych świadków został uprowadzony do wehikułu UFO, jaki "zaparkowany" był w takiej jaskini która istnieje we wnętrzu tzw. "Saddle Hill" koło Dunedin - patrz "Fot. #B2". Jego uprowadzenie dokonane zostało za pomocą "promienia podnoszącego" który dla niego wyglądał jak promień kolorowego światła. Opowiadał mi on, że kiedy w swoim locie miał właśnie uderzyć w powierzchnię Saddle Hill, zaczął się bać że mu się coś stanie. Jednak w rzeczywistości przeniknął on przez glebę i skały do jaskini w środku, potem zaś do ogromnego wehikułu UFO jaki zawisał we wnętrzu tej jaskini, tak jakby te twarde przeszkody były wykonane z jakiegoś płynu. UFOnauci sądzili że on śpi kiedy go uprowadzili, tymczasem on jedynie pretendował że śpi, stąd mógł potem opowiedzieć mi całą historię swojego uprowadzenia. Inny świadek uprowadzony został do wehikułu UFO jaki zaparkowany był we wnętrzu jaskini zlokalizowanej w jednym ze wzgórz miasta Auckland. Niestety wówczas jedynie wizytowal on Auckland (mieszkał wtedy w Dunedin). Dlatego nie był obznajomiony z owym miastem i dosyć skołowany swoim niezwykłym przeżyciem, nie był więc w stanie powiedzieć mi które wzgórze to było. 
     Jeśli jaskinia kryjąca się we wnętrzu dużej góry odparowana zostanie przez wehikuł UFO typu K10, wówczas jej średnica może przekraczać jeden kilometr. Z kolei niewielkie wehikuły UFO zawisające w takiej ogromnej jaskini oraz jonizujące powietrze swoim polem magnetycznym wyglądałoby w niej jak małe podziemne słońca. Gdyby więc do takiej ogromnej jaskini częściowo wypełnionej podziemnym jeziorem oraz z własnym jakby poziemnym "słońcem" zabłądził ktoś z ludzi, wówczas po powrocie na powierzchnię zacząłby on opowiadać o całym "podziemnym świecie". Właśnie taka gigantyczna beczko-kształtna jaskinia ukrywająca się pod "Cairnmuir Hill" położonym koło Cromwell przy drodze do wioski o nazwie Nevis, została odkryta podczas wiercenia tuneli odwadniających dla zapory wodnej Clyde. Jest ona tak ogromna, że może pomieścić w sobie nawet największy wehikuł UFO. Ogromne jezioro wypełnione wodą mineralną znajduje się na jej dnie. W okolicach zaś Cromwell krąży sporo opowieści o tej oraz o innych podobnych do niej podziemnych jaskiniach. Jest więc możliwe że to właśnie echa podobnych opowieści zainspirowały Juliusza Verne do napisania swojej "Podróży do wnętrza ziemi". (Zapewne nie jest też przypadkiem że akcja filmu telewizyjnego z 1999 roku o tytule "Journey to the Center of the Earth", opartego na owej opowieści J. Verne, toczy się właśnie w Nowej Zelandii.) Wszakże J. Verne był świadom folkloru nowozelandzkiego. W swoich innych książkach referuje on nawet do istnienia "podziemnych światów" pod Nową Zelandią, a także opisuje nowozelandzkiego ptaka "kiwi".


#D2. Nowa Zelandia - rozdiały - tina - 23.11.2020

#D2. Fluktuacje czasu, które w Nowej Zelandii powodują zmiany tego co już zaszło w przeszłości, tyle że są one odnotowywalne tylko dla przyjezdnych z dalekich stron:

     W Nowej Zelandii na porządku dziennym mają miejsce niezwykłe fluktuacje "nawracalnego czasu softwarowego“, jakich przykłady opisuję dokładniej w punktach #D6 do #D6.1 swej strony internetowej o nazwie Wehikuły czasu, oraz w podpisie pod "Fot. #D1" ze strony o nazwie Wizyta w Nowej Zelandii, zaś jakich przyczyny i mechanizm formowania wyjaśniam szczegółowiej w punktach #C3 do #C4.1 innej swej strony o nazwie Nieśmiertelność. Powodem owych częstych w Nowej Zelandii naturalnych fluktuacji czasu jest eksplozja wehikułu czasu koło miasteczka Tapanui, która miała tam miejsce w 1178 roku. Eksplozja ta opisana jest dokładniej w punkcie #H1 do #H4 tej strony, a także na odrębnej poświęconej jej stronie Tapanui- o eksplozji wehikułu czasu koło Tapanui.
     Fluktuacje czasu są to rodzaje lokalnych zafalowań tzw. "Omniplanu" jaki steruje stanem "przestrzeni czasowej". (Owe "Omniplan" i "przestrzeń czasowa" są to rodzaje tworu softwarowego opisywanego dokładniej na stronach o nazwach NieśmiertelnośćKoncept Dipolarnej Grawitacji, oraz Wehikuły czasu. "Omniplan" zawiera w sobie modele softwarowe wszystkich obiektów (i ich losów) jakie istnieją w całym naszym świecie fizycznym i we wszystkich czasach przez które nasz świat fizyczny przechodzi. "Omniplanu" oraz rządzonej nim "przestrzeni czasowej" nie powinno się mylić z ideą "czasoprzestrzeni" używanej przez dzisiejszą fizykę.) Efektem tych zafalowań "Omniplanu" i "przestrzeni czasowej" jest, że dla ludzi czy obiektów które zostały nimi objęte, czas cofa się do tyłu, zaś ich cała historia powtarza się od nowa już w nowym przebiegu ich czasu. W nowym zaś nowym przebiegu ich czasu, ich historia może już stać się nieco odmienna niż była ona w poprzednim przebiegu czasu. Przykładowo, jeśli takim zafalowaniem czasu objęty jest budynek, w nowym przebiegu czasu architekt, który zaplanował ten budynek, może już zaprojektować go nieco inaczej, albo nawet może wystawić go w zupełnie innym miejscu. Albo jeśli takie lokalne zafalowanie czasu obejmuje tworzenie jakiejś rzeźby (np. tej pokazanej na "Fot. #D1" z mojej strony o nazwie Wizyta w Nowej Zelandii), wówczas już w nowym przebiegu czasu artysta formujący ową rzeźbę może zrealizować ją już inaczej. Z kolei ludzie w nowym przebiegu czasu mogą poślubić już kogoś innego, pracować w innym miejscu, itp. Oczywiście ludzie objęci owymi fluktuacjami czasu nie mają pojęcia, że ich doświadczyli, bowiem cała ich historia z poprzedniego przebiegu czasu jest z ich pamięci automatycznie wymazywana - tak jak to wyjaśnia punkt #B1.1 ze strony Wehikuły czasu- o wehikułach czasu. Jednocześnie też wszystko, co w jakikolwiek sposób dokumentuje obiekty powstałe, opisane, lub sfotografowane przed obiektami pozmienianymi w wyniku takiej fluktuacji czasu, programy Boga automatycznie korygują - tak aby nowe formy tych obiektów harmonizowały z ich dawniejszą dokumentacją. Jedyne co NIE zostaje dostosowane do sytuacji zmienianych tymi fluktuacjami czasu, to pamięci ludzi którzy mieszkają poza obszarem objętym tymi fluktuacjami. Dlatego inni ludzie, którzy odwiedzą miejsce takiej fluktuacji, jednak przybywają do niego z miejsca leżącego poza obszarem objętym taką lokalną fluktuacją czasu, będą pamiętali jak wszystko wyglądało tam i było poprzednio. Ci co bardziej spostrzegawczy pośród nich będą więc zaskoczeni zmianami które ujrzą. Niestety, przy dzisiejszym stanie naszej wiedzy, my wierzymy jedynie w omylność naszej pamięci, natomiast uważamy, że to co się stało w przeszłości nie może już zostać zmienione. Dlatego typowo, każdy kto w życiu odnotuje jakieś zmiany spowodowane taką fluktuacją czasu, uważa że to jego własna pamięć płata mu figle - i dlatego natychmiast zapomina o całej sprawie. 
     Jako zawodowy naukowiec dobrze wytrenowany w dostrzeganiu tego co inni ludzie zwyczajnie ignorują lub przegapiają, ja osobiście zgromadziłem sporą liczbę obserwacji, podczas których odnotowałem zmiany zaszłe podczas zaistnienia takich fluktuacji czasu - czasami nawet w obecności innych osób. Najważniejsze z tych analizowanych przez siebie przypadków opisałem w punktach #C6 do #C6.1, oraz w punkcie #C8.1, ze strony Wehikuły czasu- o wehikułach czasu. Inny przypadek, z jakiego mam nawet fotograficzną dokumentację, opisałem pod "Fot. #D1" ze swej strony Wizyta w Nowej Zelandii
     Największą liczbę takich naturalnych fluktuacji czasu odnotowałem w Nowej Zelandii. Osobiście nawet uważam, że Nowa Zelandia bije wszelkie światowe rekordy pod względem częstości i powszechności tego niezwyklego zjawiska. Przykładowo w Nowej Zelandii istnieją obszary, gdzie takie fluktuacje czasu są niemal chroniczne i pojawiają się tam nie rzadziej niż co dwa lata. Jednym z takich obszarów jest miasteczko Oamaru, innym zaś miejscowość Ealing, leżące na Highway 1, pomiędzy Christchurch i Dunedin. Przykładowo, niemal za każdym razem kiedy z daleka przybywam do Oamaru, widzę odmienną konfigurację wieży pokazanej poniżej na "Fot. #D2". Często też zmienia się tam konfiguracja skał wiodących do punktu obserwacyjnego migracji pingwinów. Z kolei w okolicach Ealings, szosę "Highway 1" przecina linia wysokiego napięcia. Linia ta niemal za każdym razem przecina ową szosę w innym miejscu. Raz nawet odnotowałem ją przed ową miejscowością (tj. po tej stronie od Ealings, po której leży Christchurch). Typowo jednak linia ta przecina szosę po stronie Dunedin od miejscowości Ealings. Inne miejsca które podlegają okresowym fluktuacjom czasu, obejmują małe wysepki skalnej lawy znajdujące się tuż przy Lawyers Head w Dunedin, oraz wodospad z punktem widokowym, znajdujący się niedaleko Nelson, przy trasie z Christchurch do Nelson poprzez Lewis Pass. Jeszcze innym zmieniającym się tak kształtem jest otwór w kamieniu z "Fot. #D1" powyżej. Tego typu zmieniających się konfiguracji jest jednak w Nowej Zelandii zadziwiająco dużo. Tyle, że wypunktowanie położenia i zmian kształtu ich wszystkich na niniejszej niewielkiej stronie zajęłoby zbyt wiele miejsca. 
     Oczywiście, Nowa Zelandia wcale NIE jest jedynym miejscem na Ziemi gdzie takie naturalne fluktuacje czasu mają miejsce. Przykłady innych powszechnie znanych takich miejsc obejmują m.in. szkockie jezioro Loch Ness (gdzie owe fluktuacje czasu okresowo przenoszą do naszych czasów i potem zabierają z powrotem do przeszłości słynnego potwora zwanego "Nessie"), a także jezioro Cini w Malezji gdzie również okresowo widywany jest potwór podobny do Nessie. 
     Jeśli dany obszar podlega takim lokalnym fluktuacjom czasu, wówczas fluktuacje te pojawiają się tam w dosyć regularny sposób. Dlatego jeśli czytelnik odnotuje jedno z takich miejsc, cechujące się tym że po przybyciu do niego z dalekich stron jego uprzednia konfiguracja uległa zmianie, wówczas proponuję czytelnikowi aby je zapamiętał oraz dokładniej oglądnął po następnym tam przybyciu z daleka.
     Naturalne fluktuacje czasu, które w Nowej Zelandii są zjawiskiem naturalnym i wysoce powtarzalnym, należy wyraźnie odróżniać od jednorazowych celowych zmian wprowadzanych do przeszłości przez dysponentów wehikułów czasu. Przykładowo, anulowanie wyburzenia domu Pana Davey, które opisuję na stronie Grzałka- o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy, jest tylko taką jednorazową zmianą przeszłości wprowadzoną celowo do naturalnego upływu czasu.

* * *

[Bild: oamaru_tower.jpg]

Fot. #D2.

Fot. #D2:
Oto wieża kaplicy przy szkole średnej z miasteczka Oamaru, Nowa Zelandia. Fotografia wykonana w lutym 2008 roku. Wieża ta ma tę cechę, że dla przyjezdnych osób które przybyły do Oamaru spoza obszarów objętych powtarzającymi się w Oamaru lokalnymi fluktuacjami czasu, wieża ta czasami zmienia swoją konfigurację w odniesieniu do kaplicy przy której się ona znajduje. Przykładowo, jednym razem przylega ona do owej kaplicy, lub jest w nią częściowo wbudowana - tak jak na powyższym zdjęciu, innym zaś razem stoi samotnie i zupełnie oddzielnie w kilkumetrowej odległości od ściany owej kaplicy. Co ciekawsze, w chwili kiedy owa wieża zmienia swoje położenie względem kaplicy, np. z uprzedniego położenia kilka metrów na południe od głownego budynku owej kaplicy (tj. z sytuacji kiedy wieża ta stoi samodzielnie, zupełnie NIE połączona z kaplicą żadnym murem ani opatrzonym dachem przejściem, a jednoczesnie kiedy jest bardziej niż powyżej oddalona od obiektywu aparatu jakim wykonałem powyższe zdjęcie), w położenie pokazane powyżej (tj. kiedy jest ona wyraźnie widoczna jako częściowo wbudowana w sam budynek kaplicy), wówczas także powyższe zdjęcie i niniejszy jego opis-podpis, również automatycznie i bez mojego udziału się zmieniają w sposób jaki harmonizuje z nowym położeniem tej wieży. Ja osobiście już odnotowałem zajście takiej zmiany. Jedyne co się NIE zmieni, to nasza pamięć sytuacji owej wieży - ale tylko jeśli w chwili fluktuacji czasu znajdujemy się daleko od Oamaru. (Kliknij na powyższe zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.) 
     Wieżę tą łatwo odnotować kiedy wjeżdza się do miasteczka Oamaru samochodem, jadąc "Highway 1" od kierunku Christchurch, a w kierunku Dunedin. Powodem jest, że droga wjazdowa do Oamaru, została z owego kierunku "nacelowana" właśnie na ową z daleka widoczną wieżę. Stąd w początkowej części po wjechaniu do Oamaru droga ta jest prosta jak strzelił, zaś na jej końcu widać właśnie powyższą wieżę. Dopiero tuż przed ową wieżą droga ta skręca w lewo, przebiegając obok kaplicy - tak jak powyższe zdjęcie to pokazuje. Jeśli ktoś z daleka przybywa do Oamaru ową drogą, wówczas powinien zwrócić uwagę i dokładnie zapamiętać jaka jest konfiguracja powyższej wieży w odniesieniu do kaplicy, przy której wieża ta stoi, a jeśli ma czym, to nawet rekomenduję aby wówczas sfotografował sobie ową wieżę w sposób, który (jak powyżej) udokumentuje jej położenie względem kaplicy do jakiej przylega.Jeśli bowiem zajdzie kolejna lokalna fluktuacja czasu, a ów przybysz będzie ponownie przejeżdżał obok tej wieży następnym razem, przybywając tu z daleka i to po upływie co najmniej dwóch lat, wieża ta może wówczas już stać w zupełnie odmiennej konfiguracji względem tego kościoła. Nawet też, jeśli ktoś z powyższego zdjęcia zapamięta sobie dokładnie jak obecnie wieża ta jest zorientowana, zaś zaglądnie tu ponownie już po następnej lokalnej fluktuacji czasu w Oamaru, wówczas powyższe zdjęcie też będzie pokazywało tę wieżę już w innym zorientowaniu względem kaplicy. (To dlatego rekomenduję aby czytelnicy osobiście wykonali sobie zdjęcie tej wieży i co kilka lat wracali do jego oglądania, bowiem wówczas wrodzony sceptycyzm ludzki uniemożliwi tym, którzy oglądają własne zdjęcie, posądzanie np. mnie, iż w jakimś celu zmieniam powyższe zdjęcie i niniejszy pod nim podpis.) Inne moje zdjęcie, jakie być może też w przyszlości ulegnie zmianie (jeśli sytuacja na nim pokazana NIE była zmieniona tylko jednorazowo przez jakieś istoty zdolne do cofania się w czasie), pokazałem na "Fot. #D1" z mojej strony o nazwie Wizyta w Nowej Zelandii
     Warto tutaj też dodać, że ludzie którzy mieszkają w Oamaru, lub na tyle blisko tego miasta że też objęci zostali fluktuacjami czasu które zmieniają konfigurację powyższej wieży, NIE odnotują żadnych zmian. Wszakże po każdej takiej fluktuacji przeżywają oni nowy przebieg czasu razem z ową wieżą. Aby więc odnotować fakt zmiany konfiguracji tej wieży, należy do Oamaru albo przybywać ze znacznej odległości - pamiętając jak owa wieża wyglądała podczas uprzedniej wizyty, albo też mieszkając daleko trzeba zapamiętać jak wygląda sytuacja udokumentowana na jakimś zdjęciu tej wieży pstryknietym przed kolejną lokalną fluktuacją czasu w Oamaru. (W chwili bowiem owej fluktuacji, obraz na zdjęciu automatycznie się zmieni, a także sam się zmieni ewentualny opis-podpis tego zdjęcia.) 
     Zapewne NIE muszę tutaj już dodawać, że jeśli czytelnik sam się przekona, iż np. powyższa wieża na jej zdjęciu (które dla pewności np. on sam sobie pstryknął i przechowuje w sobie tylko znanym miejscu) faktycznie zmieniła dobrze zapamiętane w jego własnym umyśle, ale nigdzie NIE zapisane (zapis bowiem też się zmieni), położenie i konfigurację względem kaplicy do jakiej wieża ta należy, wówczas czytelnik uzyska w ten sposób jeszcze jeden niepodważalny dowód, iż faktycznie “życie ludzi przebiega w „nawracalnym czasie softwarowym“- tj. czasie jaki skrótowo opisałem we wstępie i w punkcie #G4 mojej strony Koncept Dipolarnej Grawitacji, oraz w punkcie #C9.1 jeszcze innej swej strony o nazwie Formalny dowód naukowy że 'wehikuły UFO istnieją…’. Istnienie tego "nawracalnego czasu softwarowego" (w którym starzeją się ludzie), a także 365 tysięcy razy szybciej od niego upływającego “nienawracalnego czasu absolutnego wszechświata“(w którym starzeją się atomy i minerały), ja odkryłem jako pierwszy naukowiec w świecie. Jako też pierwszy naukowiec w świecie to ja wynalezłem też zasadę działania i budowę “Wehikułów Czasu“, których faktyczne zbudowanie umożliwia ludziom istnienie właśnie tego "nawracalnego czasu softwarowego", a których konstrukcję, zasadę działania, oraz główne cechy, ja niedowiarkom opisuję w swych publikacjach już począwszy od 1985 roku - po przykład owych opisów patrz moja strona internetowa o nazwie Nieśmiertelność, lub patrz dostępny w youtube.com i na mojej stronie o nazwie Portfolio/oglądać też można tu na portalu - Tina/około 35-minutowy gratisowy film o tytule "Dr Jan Pająk Portfolio". Oczywiście, ja w swoich publikacjach od dawna wskazuję też już znacznie prostszy i bardziej powtarzalny eksperyment praktyczny, jaki też niepodważalnie dowodzi, iż my (ludzie) żyjemy i starzejemy się w sztucznie zaprogramowanym przez Boga "nawracalnym czasie softwarowym". Eksperymentem tym jest odnotowanie pozornego odwracania się kierunku wirowania np. szprych kół przekraczających około 11 Hz swej prędkości obrotowej - po szczegóły patrz opis owego eksperymentu zawarty w punktach #D1 i #D2 z mojej strony o nazwie Nieśmiertelność.



#D1. Nowa Zelandia - rozdziały - tina - 23.11.2020

#D1. Kamień który swoją nadprzyrodzoną wędrówką dowodzi błędności dzisiejszej fizyki:
Motto: "Prawdziwe życie swoje, a naukowcy swoje.“

     Jeśli wierzyć samozadufanym twierdzeniom niektórych dzisiejszych fizyków, we wszechświecie jakoby nie ma "nadprzyrodzonego". Według nich wszystko co nas dotyka, to wyłącznie działanie już poznanych praw fizyki. Jeśli jednak rozglądnąć się uważnie dookoła, wówczas szokuje jak wiele nadprzyrodzonego bez przerwy ludziom się ujawnia, tyle że fizycy z uporem przedszkolaków udają że problem rzeczowego badania nadprzyrodzoności wcale nie istnieje. W punkcie #F1 odrębnej strony internetowej Biblia- o Biblii autoryzowanej przez samego Boga wyszczególniłem długą listę doskonale znanych fizykom zjawisk, które bezpośrednio dowodzą istnienia nadprzyrodzoności. Znaczy dowodzą one np. istnienia Boga, innego świata, nieśmiertelnej duszy ludzkiej, itp. Na niektórych z owych zjawisk oparte nawet zostały już istniejące formalne dowody naukowe na istnienie Boga, duszy, innego świata, na stworzenie pierwszej pary ludzi przez Boga, itp. (Dla zapoznania się z owymi naukowymi dowodami na faktyczne istnienie nadprzyrodzoności proponuję zajrzeć np. do stron internetowychBóg- o naukowym i świeckim wyjaśnieniu istoty Boga, Koncept Dipolarnej Grawitacji- o "teorii wszystkiego" która naprawia błędy i niedoskonałości dzisiejszej fizyki, Nirvana- o ignorowanym przez dzisiejszą naukę zjawisku nirwany, oraz Ewolucja- o ewolucji w świetle "teorii wszystkiego" zwanej Konceptem Dipolarnej Grawitacji.) Do wszystkich tamtych dowodów na istnienie nadprzyrodzoności, w niniejszym opisie dodam jeszcze jeden materiał dowodowy. Mianowicie wskażę tu przykłady kamieni odkrywanych na Ziemi, które to kamienie wykazują nadprzyrodzoną zdolność do odbywania inteligentnych wędrówek. Ponieważ zgodnie ze stwierdzeniami dzisiejszej fizyki, kamienie same nie mają prawa inteligentnie zmieniać swojego położenia, rosnąca ilość materiału dowodowego na temat tych nadprzyrodzonych kamieni posiada jednoznaczną wymowę. Mianowicie istnienie takich inteligentnie przemieszczających się kamieni jest jeszcze jednym dowodem na błędność stwierdzeń i fundamentów naukowych dzisiejszej fizyki. Dowód ten dodaje się do całej gamy innych podobnych dowodów na kompletną błędność dotychczasowej fizyki ziemskiej, które już od dawna wskazywane nam są przez tzw. teorię wszystkiegozwaną Konceptem Dipolarnej Grawitacji
     Pierwszy kamień o którym się dowiedziałem że posiada on nadprzyrodzoną zdolność do odbywania inteligentnej wędrówki badałem osobiście już około 1990 roku. Był to spory kamień istniejący koło małej miejscowości Atiamuri na Wyspie Północnej Nowej Zelandii. Maorysi nazywają go "Te Kohatu-O-Hatupatu" (tj. "Kamień-Chroniący-Hatupatu"). Pokazuje go zdjęcie z "Fot. #D1" poniżej. Jest on otoczony licznymi legendami. Jest także przedmiotem kultu dla miejscowych Maorysów. Maorysi ci modlą się do owego kamienia, oraz składają mu liczne ofiary. W ten sposób Maorysi przekazują temu kamieniowi unikalną formę inteligentnej energii przez Chińczyków zwanej "chi", zaś przez Koncept Dipolarnej Grawitacjinazywanej "energią moralną" albo "zwow". Dzięki zapasowi owej inteligentnej energii zgromadzonemu w sobie, kamień z Atiamuri jest w stanie odwzajemniać modły Maorysów poprzez dokonywanie licznych uzdrowień oraz poprzez przynoszenie szczęścia tym co o nie proszą. Ja swego czasu badałem fizykalnie kamień z Atiamuri, oraz stwierdziłem że wykazuje on dosyć niezwykłe cechy. Dla przykładu zdaje on się wydzielać jakiś rodzaj promieniowania. Kiedy bowiem umieściłem na nim film do fotografii Roentgenowskich, ów film pokazał potem dziwne naświetlone wzory. Kamień ten jest także namagnesowany (jego namagnesowanie daje się wykryć za pomocą zwykłego kompasu). 
     Najbardziej jednak nadprzyrodzoną cechą kamienia z Atiamuri jest, że zgodnie z miejscowym folklorem kamień ten ma odbywać "wędrówki". Miejscowi ludzie twierdzą, że w przeszłości był on odsuwany od krawędzi szosy, ponieważ w swojej normalnej lokacji wprowadza on dosyć poważne niebezpieczeństwo dla przejeżdżających samochodów. Co jakiś bowiem czas rozbija się na nim samochód zaś pasażerowie czasami nawet tracą życie. Jednak po przesunięciu, kamień ten sam powracał na swoje poprzednie miejsce. Podobno z powodu jego wędrówek, w oficjalnej dokumentacji tamtej szosy widnieje on w zupełnie innym miejscu niż faktycznie znajduje się on w rzeczywistości. Powodem ma być brak odważnego managera który by się podpisał pod oficjalnie naniesionymi poprawkami w dokumentacji tamtej drogi stwierdzającymi że kamień ten sam powrócił na swoje ulubione miejsce. Ludzie twierdzą także, że kamień ten okresowo zmienia kształt owej dziury w swoim boku (w dziurę tą składane są ofiary Maorysów). Owa dziura podobno jednym razem jest całkowicie okrągła, innym zaś razem wydłużona jak muszla małży. 
     Wyjaśnienia dla mechanizmu pozwalającego kamieniom na wędrowanie dostarcza "teoria wszystkiego" zwana Konceptem Dipolarnej GrawitacjiZgodnie z nią, we wszechświecie istnieje inteligentny rodzaj energii, przez Chińczyków nazywanej "chi", zaś przez ów Koncept Dipolarnej Grawitacji zwanej "zwow" albo "energia moralna". Owa inteligentna energia ma to do siebie, że wypełnia one inteligentne nakazy myślowe. To właśnie ową energię osoby uprawiające "kung fu" są w stanie skierować np. na pręt stalowy który uderzają swoją głową i nakazać jej aby ta rozbiła ów pręt w drobny proszek. To także owa inteligentna energia powoduje że tzw. feng shuifaktycznie działa w praktyce. (O działaniu "feng shui" można sobie poczytać m.in. w punkcie #19 strony Wrocław- o mieście Wrocław, oraz w punkcie #B1 strony Wszewilki naszego jutra- o marzeniach lepszej przyszłości dla wsi Wszewilki.) Ponieważ zgodnie z owym Konceptem Dipolarnej Grawitacji wszelkie obiekty kultu otrzymują od modlących się do nich ludzi porcje owej inteligentnej energii, takie obiekty są też w stanie nakazać posiadanej przez siebie energii wykonanie jakichś specyficznych działań fizycznych. To właśnie dlatego wszelkie obiekty czyjegoś kultu, takie jak ów kamień z Atiamuri, czy też jak owe słynne drzewa i kamienie które w Malezji nazywane są Datuk, albo jak uważane za dar Boga orzechy kokosowe, które zachowują się jakby miały oczy i stąd nigdy NIE spadają na głowy ludzi - patrz opisy w punkcie #D1 mojej strony o nazwie Owoce, są zdolne do nadprzyrodzonego powodowania inteligentnych manifestacji fizykalnych. Przykład takiego nadprzyrodzonego drzewa "datuk" zilustrowany został i opisany na stronach internetowych o nazwach Malborkoraz UFOnauci. Owe malazyjskie drzewa i kamienie "Datuk" uzdrawiają i pomagają lokalnym ludziom, dokonują cudów, drzew "datuk" nie daje się wyciąć, itp. Posiadanie podobnych nadprzyrodzonych mocy wykazują też słupy totemowe z Borneo, o których to słupach piszę w podrozdziałach I6.7 oraz I5.1 z tomu 5 monografii [1/5]. Owe słupy totemowe z Borneo nie dadzą się fotografować, same karzą tych co nie są im posłuszni, a ponadto potrafią uzdrawiać i wypełniać życzenia tych co do nich się modlą. W przeszłości miałem także okazję osobistego doświadczenia nadprzyrodzonych mocy krzyżackiej figury Matki Boskiej która kiedyś istniała w Polsce w zamku z Malborka, a która dała się poznać z antypolskiego działania. Tamten posąg krzyżackiej Matki Boskiej z Malborka jest znany m.in. z historycznie dobrze udokumentowanego faktu, że polskie działo którym chciano go zniszczyć zwyczajnie eksplodowało - co udokumentowane zostało na stronie o zamku wMalborku. Ponadto posąg ten posiadał przywiązaną do siebie antypolską przepowiednię która wypełniła się kiedy posąg ten został nadprzyrodzenie zniszczony jakąś tajemniczą eksplozją. (Na przekór owej antypolskiej przepowiedni oraz antypolskiego działania owego posągu, ciągle istnieją nierozważni Polacy którzy chcą odbudować ten krzyżacki posąg o nadprzyrodzonych mocach - po szczegóły patrz strona o zamku w Malborkuoraz strona fundacji Mater Deijaka to fundacja właśnie chce go odbudować.) 
     Na temat takich właśnie obiektów kultu obdarzonych nadprzyrodzonością, owa "teoria wszystkiego" zwana Konceptem Dipolarnej Grawitacjinie tylko dostarcza wyjaśnienie dla ich działania, ale również udziela nam zdecydowanego ostrzeżenia. Mianowicie, sama natura owych obiektów, ich niedoskonałość intelektualna, a także mechanizm za pośrednictwem którego dokonują one swoich nadprzyrodzonych działań, są dalekie od doskonałości. Dlatego takie obiekty, podobnie jak narowiste konie, mają swoje "zagrania", nie używają racjonalnie swoich mocy, potrafią kogoś lubić lub nieznosić, są stronnicze, mogą się mścić, często działają w sposób mechaniczny, oraz są dalekie od poczucia sprawiedliwości. Na przekór więc że niektórym ludziom potrafią one oddać jakąś przysługę, generalnie to trzeba na nie bardzo uważać, bo są one w stanie wyrządzić również wiele zła. Stąd modlenie się do nich, oraz wynikające z tego modlenia się przekazywanie im swojej energii moralnej, jest jakby dawaniem boskiej mocy kapryśnemu dziecku. To właśnie dlatego istnieją religie które ostrzegają np. przed modleniem się do "złotego cielca", lub przed modleniem się do obrazów. Przykładem takiego obiektu kultu który swoją stronniczością, kapryśnością, oraz brakiem poczucia sprawiedliwości wyrządził Polakom wiele zła, jest korzyżacki posąg Madonny z zamku w Malborkuopisywany poprzednio. 
     O kolejnym dużym kamieniu który w nadprzyrodzony sposób sam sobie wychodzi na spacer dowiedziałem się z artykułu "Land where spirits still rule" (tj. "Ziemia gdzie duchy ciągle rządzą") ze strony D1 gazety The New Zealand Herald, wydanie datowane we wtorek (Tuesday), January 29, 2008. Artykuł ten opisuje nadprzyrodzone wędrówki brązowego kamienia o wielkości typowego samochodu, a nazywanego lokalnie "A spirit stone", którego każdy może sobie oglądnąć jak leży tuż przy nowej "freeway" wiodącej z Port-Moresby w Papua New Guinea aż do brzegu morza. Oto dosłowne cytowanie z owego artykułu w moim znaczeniowym tłumaczeniu: “Kiedy wyrąbywali drogę przez niniejsze miejsce, odkryli że ów kamień był zbyt twardy aby go rozłupać dlatego załadowali go na ciężarówkę, zwieźli w dół do zatoki, oraz wrzucili go do morza. Jednak następnego ranka był on spowrotem na swoim miejscu. Tak stało się aż trzy razy. Wrzucali ten kamień do zatoki jednak nocą on powracał, w końcu więc pozostawili go tutaj." (W oryginale angielskojęzycznym: "When they cut the road through here, they found this stone was too hard to break up so they put it on a truck, took it down to the harbour, and dropped it in the sea. But the next morning it was back here again. That happened three times. They dropped the stone in the harbour but overnight it returned, so finally they left it here.“)
     Nowa Zelandia i Papua New Guinea nie są jedynymi krajami na Ziemi w których kamienie w nadprzyrodzony sposób same zmieniają swoje pozycje. Innym takim miejscem, dosyć nawet sławnym, jest wysuszone dno jeziora zwane "Racetrack Playa", a położone w tzw. "Death Valley National Park", California, USA. Po płaskim jak stół wysuszonym błocie tego dna jeziora przemieszczają się kamienie zwane Sliding Rocks of Racetrack Playa. W 2007 roku dosyć dobrze ilustrowany artykuł na ich temat dostępny był w Internecie pod adresem geology.com/articles/racetrack-playa-sliding-rocks.shtml. Ciekawe że ortodoksyjna nauka ziemska wprawdzie mnoży najróżniejsze hipotezy i teorie które starają się wyjaśnić jak owe kamienie się przemieszczają bez udziału nadprzyrodzonego. Jednak nauka ta nie jest w stanie potwierdzić empirycznie poprawności żadnej z owych teorii i hipotez. Chociaż więc wielu dzisiejszych naukowców jest tak zawziętymi ateistami i niedowiarkami, że raczej by dało się "ukamieniować" niż by otwarcie przyznało że kamieniami tymi poruszają jakieś nadprzyrodzone moce, faktycznie istnienie owych mocy jest jedynym racjonalnym wyjaśnieniem dla tego co naprawdę się tam dzieje. 
     Tematyka niniejszej krótkiej strony nie pozwala mi na dokładniejsze wyjaśnianie mechanizmów które pozwalają aby "nadprzyrodzone" mogło czasami fizykalnie manifestować swoją obecność. Jednak mechanizmy takie wyjaśniam dokładniej na całym szeregu innych stron internetowych Totalizmu. Tym więc czytelnikom którzy zechcą się dowiedzieć: (1) dlaczego dzisiejsza fizyka zawiera podstawowy błąd już w sformułowaniu swoich fundamentów który to błąd czyni ją ślepą na fizykalne manifestacje nadprzyrodzoności (tj. błąd ten polega na przyjęciu przez naukę błędnego założenia że pole grawitacyjne jest tzw. "polem monopolarnym"), (2) jak błąd ten daje się naprawić (tj. proste naprawienie owego błędu polega na uznaniu że pole grawitacyjne jest tzw. "polem dipolarnym" - czyli na uznaniu stwierdzeń Konceptu Dipolarnej Grawitacji), oraz (3) jakie nadprzyrodzone zjawiska daje się łatwo wyjaśnić po naprawieniu tego błędu (tj. że Koncept Dipolarnej Grawitacji dostarcza wyjaśnienia dla praktycznie wszystkiego czego oficjalna nauka ziemska dotychczas nie potrafiła wyjaśnić), proponuję zaglądnąć do następujących totaliztycznych stron internetowych: Koncept Dipolarnej Grawitacji- o "teorii wszystkiego" która naprawia błędy i niedoskonałości dzisiejszej fizyki, Malbork- o nadprzyrodzonych zjawiskach z zamku w Malborku, Wehikuły czasu- o naturze czasu i o podróżach w czasie, oraz Telepatia- o wykorzystaniu zjawisk odrębnego świata w którym mieszka Bóg do zrealizowania nieskończenie szybkiej komunikacji telepatycznej.
* * *

[Bild: atiamuri.jpg]

Fot. #D1.

Fot. #D1:
Oto ja, tj. dr inż. Jan Pająk, zaś kurtuazyjnie Prof. Dr. inż. Jan Pająk, przy "chodzącym" kamieniu z Atiamuri o nazwie "Te Kohatu-O-Hatupatu" (tj. "Kamień-Chroniący-Hatupatu"). (Powyższą jego fotografię wykonałem około 1990 roku.) Kamień ten najwyraźniej posiada nadprzyrodzoną zdolność do dokonywania inteligentnej wędrówki. Niestety, leży on tuż przy krawędzi dosyć ruchliwej szosy. Wprowadza on znaczne ryzyko dla ruchu po tej szosie, jako że od czasu do czasu rozbijają się na nim samochody i giną ludzie. Nie można go jednak zniszczyć czy całkowicie usunąć, bowiem jest on "świętym kamieniem" i przedmiotem kultu lokalnych Maorysów. Dokonuje on dla nich wielu cudów, podobnie jak czynią to święte drzewa i kamienie zwane Datukz Malezji (opisywane też i pokazane w "części #D" ze strony Malbork), słupy totemowe z Borneo (opisane i pokazane na "Fot. #D2" ze strony Malbork), czy zwykł kiedyś dokonywać złowrogi pokrzyżacki posąg Maryiz Malborka. Dlatego co jakiś czas ponawiane są próby przeniesienia tego kamienia w miejsce nieco odleglejsze od szosy. Zgodnie jednak z lokalnym folklorem, po każdym takim przeniesieniu, kamień ten ma zwyczaj wybierania się na przechadzkę, wracając z powrotem na swe stare miejsce. Kiedy badałem ów kamień około 1990 roku, emitował on jakieś dziwne promieniowanie rejestrowalne na filmie fotograficznym. Wykazywał też spore namagnesowanie jakie było na tyle silne, że dawało się wykryć zwyczajnym kompasem. (Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.) 
     Powyższy kamień ma też tą niezwykłą cechę, że kształt widniejącego w nim otworu co jakiś czas ulega zmianie - tak jak to opisałem w punkcie #D2 poniżej. (Tj. jednym razem otwór jest okrągły, innym zaś razem jak małża.) Co dziwniejsze, kiedy ów kształt otworu zmienia się w kamieniu, zmienia się także i na powyższym zdjęciu. Dlatego sugeruję aby zapamiętać jaki dzisiaj jest ten kształt, poczym przyglądnąć się mu ponownie za jakiś rok lub dwa.



#E6. Nowa Zelandia - rozdziały - tina - 26.11.2020

#E6. Nowozelandzkie Yeti - czyli małpopodobni UFOnauci widywani m.in. w Nowej Zelandii:


     Gdyby projekt SETI skierował swoją uwagę na naszą własną planetę - zamiast szukać kosmitów na na odległych galaktykach, wówczas jego badacze szybko by odnotowali że po naszej planecie grasują najróżniejsze rasy UFOnautów. Tyle tylko, że owi UFOnauci starannie ukrywają przed ludźmi swoją obecność na Ziemi - co dosyć obszernie wyjaśniam na stronach internetowych - o pochodzeniu zła na Ziemi, oraz Memoriał - o metodach ukrywania swojej obecności przez UFOnautów. Z ogromnej różnorodności ras UFOnautów grasujących po Ziemi, dosyć unikalna jest rasa owłosionych UFOnautów wyglądających jak małpy. Rasa owa najlepiej jest znana na świecie pod nazwą "Yeti". Warto jednak odnotować, że ową nazwą Yeti UFOnauci ci nazywani są przez lokalną ludność Himalajów. W innych zaś miejscach na Ziemi ci sami futrzaści UFOnauci nazywani są innymi nazwami. Zależnie od kontynentu i kraju przyjmują oni nazwy: "Yeti", "Snowman", lub "Almas" (Azja); Migoi (himalajski Bhutan); "Big-Foot" lub "Oh-mah-ah" (USA), "Sasquatch" (Canada), Yowie (Australia), oraz "Maeroero" (Maorysi z Nowej Zelandii) - po szczegóły patrz podrozdział V6 z tomu 17 monografii [1/5]. Faktycznie istnienie Yeti nie ulega już wątpliwości. Przykładowo, zgodnie z artykułem "Expert says Yeti sketch 'proof' " ze strony A15 nowozelandzkiej gazety Weekend Herald, wydanie datowane w sobotę (Saturday), June 7, 2008, cały skalp Yeti jest trzymany w jednym z buddyjskich monesterów z himalajskiego Bhutan'u. 
     Futrzaści UFOnauci wyglądający jak małpy relatywnie często widywani są w Nowej Zelandii. Rysunek odtwarzający dokładny wygląd tych futrzastych UFOnautów, sporządzony przez aż trzech naocznych świadków którzy ich widzieli, opublikowany był w artykule "Aliens Sighted" (tj. "Kosmici widziani") który ukazał się na stronach 1 i 5 już obecnie nie istniejącej nowozelandzkiej gazety o nazwie Sunday News (published by News Media (Auckland) Ltd., Glenside Crescent, Auckland, New Zealand, with office at 78 Victoria Street, Wellington), wydanie z niedzieli (Sunday), May 14, 1989 (kliknij tu aby oglądnąć sobie ten rysunek). W obserwacji tej trzech futrzastych UFOnautów widzianych było przez trzech golfistów na międzynarodowym polu golfowym o nazwie "Wairakei International course". Pole to zlokalizowane jest na północnej stronie miasta Taupo z Północnej Wyspy Nowej Zelandii. Obserwatorom udało się zbliżyć na odległość do około 50 metrów od tych futrzastych UFOnautów. Stąd ich opis jest relatywnie dokładny. Opisują oni wygląd owych UFOnautów jak następuje: około dwumetrowego wzrostu, szczupli, pokryci bujnym futrem, koloru jaskrawo zielonego, o małpich rysach twarzy. Kiedy zostali spłoszeni wydali dziwnie brzmiący świdrujący dźwięk piszczący i uciekli w krzaki. Obserwacja zilustrowana w owym artykule była trzecią z kolei obserwacją grupy takich samych UFOnautów widzianych na owym polu golfowym. 
     Nowozelandzka wersja Yeti, przez miejscowych Maorysów nazywana "Maeroero" opisana jest również na stronie 159 książki pióra Robyn Jenkin, o tytule "New Zealand Mysteries" (W. Reed, Wellington, 1970, ISBN 0-589-00494-8). Niezwykłe stworzenia widywane w Nowej Zelandii i opisywane w rozdziale "What Animal Was That?" ze stron 145 do 163 tamtej książki, dyskutowane są także w punkcie #I1 strony Istnienie duszy
     W nowozelandzkich gazetach powtarzalnie i często pojawiają się artykuły które zawierają opis materiału dowodowego który dokumentuje faktyczne istnienie owych Yeti-podobnych stworzeń. Przykładowo, taki właśnie artykuł o tytule "Hoax, legend, obsession" ukazał się na stronie B2 nowozelandzkiej gazety The Dominion Post, wydanie z wtorku (Tuesday), January 22, 2008. Artykuł ten m.in. podsumowywał najpowszechniej znane obserwacje Bigfoot i dowody na jego istnienie. Inny artykuł o tytule "Expert says yeti sketch proof" (tj. "Fachowiec stwierdza że rysunek yeti jest dowodem") ze strony A15 nowozelandzkiej gazety Weekend Herald, wydanie datowane w sobotę (Saturday), June 7, 2008 opisuje istniejący skalp z Yeti jaki ktoś oglądał w buddyjskiej świątyni w Himalajach Bhutan'u. 
     Najbardziej szokujące jest, że zdjęcie Yeti maszerującego sobie po powierzchni Marsa zostało przesłane na Ziemię przez amerykańskiego robota "Spirit" który ostatnie 4 lata automatycznie fotografuje powierzchnię Marsa. Postać tego Yeti na zdjęciu NASA z Marsa wypatrzył najpierw jakiś amator i natychmiast umieścił je w Internecie pod nazwą "Marsjański Bigfoot". Jak ta postać wygląda, czytelnik sam może to sobie zobaczyć wyszukując owego zdjęcia w Internecie poprzez słowa kluczowe Martian Bigfoot. Oto reprodukcja tamtego marsjańskiego zdjęcia z maszerującym Yeti - niestety tutaj niezbyt wyraźna bowiem zreprodukowana ze zwykłej gazety (kliknij tu aby oglądnąć sobie to zdjęcie). Potem to samo zdjęcie zaczęły też pokazywać gazety. Przykładowo w Nowej Zelandii ilustrowało ono m.in. artykuł "Life on Mars or just a funny-shaped rock" (tj. "Życie na Marsie czy też śmiesznie ukształtowana skałka"), ze strony B1 nowozelandzkiej gazety The Dominion Post, wydanie z czwartku (Thursday), January 24, 2008. Oczywiście NASA twierdzi że zdjęcie to pokazuje jedynie marsjańską skałę ukształtowaną w postać maszerującego Yeti. 


RE: Nowa Zelandia - rozdziały - tina - 10.02.2021

#C5.1. Tragedia masowego wymierania pszczół - zapowiedzią już bliskiej "śmierci głodowej" całej ludzkości:

     Jest też już publiczną tajemnicą, że na całym świecie, włączając w to również Nową Zelandię, szybko i masowo wymierają pszczoły. Przykładowo, jeszcze tylko kilka lat temu zobaczenie pszczół koło mojego domu było normalnym widokiem. Jednak kiedy w jeden słoneczny dzień latem pod koniec 2010 roku celowo poszukiwałem pszczół w okolicach swego domu - NIE znalazłem już ani jednej. Za to widziałem ludzi spryskujących jakieś chemikalia. W odcinku angielskiego serialu telewizyjnego o tytule "Jamie's Food Escape", w Nowej Zelandii nadawanego na TVNZ 1 we wtorek, 11 stycznia 2011 roku, w godzinach 20:30 do 21:30, występował zawodowy hodowca pszczół z Grecji. Twierdził on, że obserwowane obecnie ginięcie i zanik pszczół jest spowodowany krótkimi falami telefonów komórkowych. Zgodnie z jego obserwacjami, kiedy postawił swoje ule w miejscu w którym istnieje dobry odbiór jakiegokolwiek telefonu komórkowego, wówczas pszczoły z tego ula stawały się chorowite oraz szybko gubiły się i wymierały. Natomiast kiedy stawia on swoje ule gdzieś w obszarze zasłoniętym górami i leżącym poza zasięgiem wszelkich telefonów komórkowych, wówczas pszczoły tam kwitną, są zdrowe, oraz żyją i rozwijają się normalnie. Tak więc ludzie nieoficjalnie wiedzą już co zabija pszczoły, tyle że żaden dobrze-płatny naukowiec NIE ma odwagi aby wypowiedzieć to otwarcie i oficjalnie - zaś w ten sposób aby podpaść bogatym korporacjom telekomunikacyjnym które wóczas by zniszczyły jego karierę zawodową - tak jak to wyjaśnia punkt #F1 na totaliztycznej stronie o nazwie Telepatia. Najwyższy więc czas, aby narody przestały maszerować prosto w paszczę "śmierci głodowej" i zmusiły swe rządy aby te przełamały obecną naukową "zmowę milczenia", tak że zamiast niezdrowej oraz niebezpiecznej dla życia telekomunikacji radiowej, ludzkość zaczęła wreszcie rozwijać telekomunikację bazującą na bezpiecznej i zdrowej tzw. "telepatii" - opisanej w punktach #E1 i #F1 strony Telepatia.
     Obecne raptowne wymieranie pszczół jest ogromną tragedią dla całej ludzkości. Wszakże jest ono zapowiedzią i wstępem szybko zbliżającej się masowej "śmierci głodowej" ludzkości - którą to śmierć wyjaśniam szerzej w punkcie #F1 swej strony Telepatia. (Odnotuj, że taka "masowa śmierć ludzi" jest już od dawna zapowiadana przez stare przepowiednie - omawiane w np. "części #H" strony o nazwie Przepowiednie.) Co najtragiczniejsze, to że ludzkość już obecnie mogłaby zastąpić dzisiejsze niebezpieczne i niezdrowe telefony komórkowe oraz urządzenia do telekomunikacji radiowej które zabijają pszczoły, przez całkowicie bezpieczne urządzenia do komunikacji telepatycznej. Wszakże takie urządzenia do komunikacji telepatycznej są już od dawna postulowane do zbudowania przez nowo-rodzącą się "naukę totaliztyczną" (jeden z ich przykładów omówiony jest w "części #E" w/w strony Telepatia). Niestety, przeszkodą w tym zastąpieniu szkodliwych urządzeń radiowych przez bezpieczne urządzenia telepatyczne jest "monopol na wiedzę" zazdrośnie strzeżony przez dzisiejszą "ateistyczną naukę ortodoksyjną" która panicznie boi się stworzenia sobie "konkurencji" w formie "nauki totaliztycznej" nastawionej na bezkompromisowe ujawnianie prawdy - tak jak to wyjaśniłem w punkcie #A2.6 strony o nazwie Totalizm.


RE: Nowa Zelandia - rozdziały - tina - 10.02.2021

#C5. Tajemnicze masowe śmierci stworzonek:

     W Nowej Zelandii co jakiś czas ma miejsce masowa śmierć jakiegoś pojedyńczego gatunku zwierząt lub żyjątek. Dotychczas natknąłem się już na wzmianki o aż kilku przypadkach takiego masowego wymierania. Aczkolwiek w każdym z tych przypadków oferowane było ludziom jakieś dogodne wyjaśnienie, wszystkie owe wyjaśnienia faktycznie "nie trzymały się kupy" i wyglądały tak jakby były jedynie "zasłoną dymną" która ma ukryć jakieś faktyczne przyczyny o których świat nie powinien się dowiedzieć.
     Pierwszy z owych przypadków który zwrócił moją uwagę było wyginięcie niemal wszystkich dzikich królików. W początkowym okresie mojego pobytu w Nowej Zelandii, tj, w latach 1982 do 1992, powierzchnia owego kraju dosłownie roiła się od królików (chociaż nie można było wówczas kupić mięsa królika w żadnym sklepie tego kraju). W 1992 roku zmuszony byłem jednak wyjechać "za chlebem" z owego kraju - tak jak to opisuję na stronie o mnie, Dr Jan Pająk. Kiedy wróciłem do Nowej Zelandii w 1999 roku, królików już nie było. Oficjalna wersja wyjaśnienia stwierdzała, że jacyś rolnicy tak mieli dosyć zniszczeń dokonywanych przez owe króliki, że sprowadzili z Australii chorobę "maximatosis" który wybiła większość z nich. Jednak rządowe śledztwo NIE zdołało ustalić kto dokładnie sprowadził ową chorobę, ani jak choroba ta została rozprzestrzeniona po aż trzech wyspach tego kraju. A tak szerokie upowszechnienie wymagało ogromnej skali czyichś działań, których utrzymanie w kompletnej tajemnicy wymagałoby albo niemal nadprzyrodzonych możliwości, albo też wielkoskalowego spisku.
     Kolejny przypadek masowego wymarcia opisany był w artykule "Theories fly over dead bird mystery" (tj. ”Latają teorie na temat tajemnicy martwych ptaków”) opublikowanym na stronie A9 nowozelandzkiej gazety The Dominion Post, wydanie z soboty (Saturday), February 21, 2009. Opisano w nim jak w nowozelandzkim miasteczku o nazwie New Plymouth tysiące martwych wróbli zaczęło nagle spadać z nieba. Owo miasteczko New Plymouth jest znane z ogromnej fabryki rolniczych trucizn która rozsiewa po okolicy trujące wyziewy. Jest więc możliwym że tamte tysiące wróbli padły ofiarami wyziewów owej fabryki. Gdyby jednak tak było, to dlaczego owego faktu NIE podano do publicznej wiadomości. Co jednak najbardziej mnie zaszokowało, to że poza opublikowaniem niewielkiego artykułu i pokazaniem spadających ptaków w telewizji jako rodzaju sensacji, w Nowej Zelandii nikt się tymi ptakami NIE zainteresował i nikt ich poważnie NIE badał. Tymczasem kiedy podobne zjawisko tysięcy martwych szpaków spadających z nieba odnotowane zostało w pierwszych dniach 2011 roku w okolicach miasteczka Beebe z Arkansas, USA, wszystkie pobliskie agencje badawcze rzuciły się aby ustalić przyczyny. Pierwszą informację o owych amerykańskich martwych szpakach spadających z nieba usłyszałem w poniedziałek dnia 3 stycznia 2011 roku, w wiadomościach dziennika telewizyjnego na kanale "Prime" telewizji nowozelandzkiej, nadawanego o godzinie 17:30 do 18:00. W owym dzienniku jedynie poinformowano i pokazano owo dziwne zjawisko. Jednak już następnego dnia, we wtorek 4 stycznia 2011 roku, około godziny 18:20 w dzienniku telewizyjnym na kanale 3 TVNZ pokazano licznych badaczy zbierających owe martwe ptaki, oraz przytoczono wywiady z kilkoma rozhisteryzowanymi tym zdarzeniem miejscowymi. Z wiadomości owych jednoznacznie wynikało, że w przeciwieństwie do Nowozelandczyków zupełnie nieporuszonych takim spadaniem tysięcy martwych ptaków z nieba, Amerykanie poczuli się ogromnie tym zafascynowani i przerażeni, a co najważniejsze - rzucili sporo ludzi i środków aby zagadkę tą wyjaśnić. W kolejnym dzienniku o godziny 18:25 ze środy dnia 5 stycznia 2011 na TVNZ 3 wyjaśniono że podobne deszcze z martwych ptaków pojawiły się w kilku innych miejscach USA, oraz że w miejscowej rzece z Beebe, USA także wyzdychały wszystkie ryby. Dziennik ten stwierdził że również na plażach Coromandel z Nowej Zelandii pojawiły się martwe ryby "snapper" które zalegały powierzchnię morza "jak okiem sięgnąć". Na temat owego "deszczu martwych ptaków" z Beebe, USA, oraz kilku innych podobnych deszczy z wielu odmiennych krajów świata - włączając w to Szwecję, pojawiły się także artykuły gazetowe, np. patrz "Reason and logic fall from the sky" (tj. "Wnioskowanie i logika spadły z nieba") ze strony A9 gazety The New Zealand Herald (wydanie z piątku (Friday), January 7, 2011) albo patrz "Aflockalypse now - dead birds (and NZ fish) fuel theories" (tj. "Alotokalipsa teraz - martwe ptaki (oraz ryby z NZ) rozpalają teorie") ze strony A13 gazety The New Zealand Herald (wydanie z poniedziałku (Monday), January 10, 2011). W około rok później martwe ptaki ponownie zaczęły spoadać z nieba w tym samym Beebe - o czym poinformował artykuł "Birds fall from sky but no sign world about to end" (tj. "ptaki spadają z nieba jednak nie ma znaku że ma nastąpić koniec świata") ze strony A15 gazety The New Zealand Herald (wydanie ze środy (Wednesday), January 4, 2012). Z kolei w artykule "Dead sardines crammed into LA marine" (tj. "Zdechłe sardynki zapełniły port w Los Angeles") ze strony A16 gazety The New Zealand Herald (wydanie z czwartku (Thursday), March 10, 2011) pokazane jest zdjęcie całego portu morskiego w USA wypełnionego po brzegi zdechłymi sardynkami. Bardzo wymowna jest informacja z artykułu "Starving turtles rot on beaches" (tj. "Zagłodzone żółwie gniją na plażach") ze strony A14 gazety The New Zealand Herald (wydanie z wtorku (Tuesday), September 13, 2011). Opisuje on zatrzęsinie zwłok ogromnych morskich zółwi które zdychają z głodu spowodowanego wymieraniem korali w tzw. "Great Barrier Reef" i masowo wyrzucane są na plaże koło Brisbany w Australii.
     Na jeszcze jeden przypadek masowej śmierci natknąłem się w artykule "Wild seas a likely cause of mass fish deaths" (tj. "Dzikie morza prawdopodobnym powodem masowej śmierci ryb"), ze strony A6 nowozelandzkiej gazety The Dominion Post, wydanie z soboty (Saturday), May 30, 2009. Zgodnie z tym artykułem, nieżywe lub umierające ryby masowo zalegały brzeg morza na wybrzeżu Kapiti - czyli w relatywnie niewielkiej odległości zarówno od nadmorskiego New Plymouth - gdzie znajduje się opisana wcześniej fabryka rolniczych trucizn, jak i od Petone - gdzie naturalne środowisko beztrosko zatruwa miejscowa przetwórnia złomowanych akumulatorów. Czyżby więc jakieś ścieki lub wyziewy z którejś z owych fabryk zaległy w głębinach morza i spowodowały masową śmierć ryb? Jeśli zaś owe ryby są aż tak nafaszerowane truciznami, że masowo wymierają, to jak zawarte w nich substancje wpływają na zdrowie ludzi którzy ryby te zjadają.
     W przybliżeniu o owym czasie sławny stał się też przypadek kiedy morskie ślimaki lokalnie zwane "grey side-gilled sea slug" raptownie zaczęły być trujące na przekór że poprzednio uważano je za nieszkodliwe - po szczegóły patrz punkt #K1.6 poniżej na tej stronie.
     Powyższe przypadki wcale NIE kończą długiej listy takich zdarzeń. Kolejny przypadek masowej śmierci ryb opisany jest w artykule "Ministry probes dead fish mystery" (tj. "Ministerstwo analizuje tajemnicę nieżywych ryb") jaki ukazał się na stronie A6 gazety The New Zealand Herald, wydanie datowane w środę (Wednesday), June 9, 2010. Zgodnie z tym artykułem, na plażach o całkowitej długości ocenianej przez niektórych na 30 km, znajdujących się w północnej części Nowej Zelandii, tj. w prowincji zwanej Northland, zalegało tysiące nieżywych ryb. Artykuł ten pokazuje nawet zdjęcie fragmentu owej plaży gęsto pokrytej rybami. Mi oglądanie owego zdjęcia przypomniało podobne zdjęcie plaży z tysiącami zdechłych ryb, jakie spowodowane były tsunami z 26 grudnia 2004 roku - po jego opisy patrz punkt #D4 na stronie Dzień 26. Jeszcze inny przypadek opisany został w artykule "Mass of floating snapper a mystery to officials" (tj. "Masa martwych snapperów tajemnicą dla władz") ze strony A9 gazety The New Zealand Herald, wydanie datowane w czwartek (Thursday), December 2, 2010. W owym artykule opisano olbrzymie ilości smakowitych ryb jadalnych zwanych "snapper" jakie pływały martwe w pobliżu północnych brzegów Nowej Zelandii. Z kolei w artykule "Ocean mystery: hundreds of snapper found dead on beaches" (tj. "Zagadka oceanu: setki snapper znajdowane martwe na plażach") ze strony A1 gazety The New Zealand Herald, wydanie ze środy (Wednesday), January 5, 2011, pojawiła się informacja o ławicach martwych ryb morskich zwanych "snapper" wyrzucanych na plaże z półwyspu Coromandel w Nowej Zelandii.
     Mnie osobiście strach najbardziej obleciał kiedy podczas paceru około lutego 2010 roku ja sam natknąłem się na takie zdechłe ryby na plaży w nowozelandzkiej miejscowości Petone (w której ja sam mieszkam). Powodem mojego strachu było, że wszystkie ryby jakie wówczas spotkałem były tego samego gatunku (tj. "płaszczki" - po angielsku zwane "stingray") oraz dokładnie tak samo duże (tj. około metrowej rozpiętości "skrzydeł"). Podczas spaceru wzdłuż plaży o długości około 1 km natknąłem się wówczas na 12 takich uśmierconych dużych ryb. Z moich zaś badań nad tsunami, opisanych w punkcie #D4 ze strony Dzień 26, wiem że jednakowe co do gatunku i wielkości ryby, giną kiedy ich ciała zaczynają rezonować z wibracjami generowanymi podczas morderczego trzęsienia ziemi. Wygląda więc na to, że w Nowej Zelandii właśnie gotuje się jakieś śmiercionośne trzęsienie ziemi - tak jak to opisałem w punkcie #I1 owej strony Dzień 26.
     Podobnie wygląda sprawa owych masowych samobójstw wielorybów popełnianych poprzez ich wyrzucanie się na miejscowe plaże morskie. W Nowej Zelandii przypadki takich masowych samobójstw wielorybów czasami mają miejsce co kilka miesięcy. Co je powoduje - tego narazie nie ustalono. W obliczu powyższego NIE powinno już dziwić, że w Nowej Zelandii także nasilenie samobójstw ludzi należy do jednego z najwyższych na świecie. Np. młodzież tak masowo tam się zabija, że aż nałożony został zakaz pisania lub dyskutowania samobójstw w publikatorach. Czyżby jakieś nadprzyrodzone moce sprzeciwiały się zaludnieniu Nowej Zelandii?
     Inny przykład niemal biblijnego wymarcia - tym razem owadów, opisuje niepozorny artykuł ”Bug invasion comes to light on east coast” (tj. ”Najazd owadów jaki wyszedł na jaw na wschodnim wybrzeżu”), opublikowany na stronie A4 nowozelandzkiej gazety The Dominion Post, wydanie ze środy (Wednesday), March 4, 2009. Zgodnie z owym artykułem, maleńka nowozelandzka miejscowość nazywana Whatatane doświadczyła tak ogromnego "najazdu" i masowej śmierci najróżniejszych owadów, szczególnie jakichś czarnych żuków, koników polnych i świerszczy, że owe zdechłe robaczyska musieli tam szuflami wygarniać ze sklepów i ze stacji benzynowych. Czy jest więc możliwym że gleba w niektórych obszarach Nowej Zelandii jest już aż tak zatruta rolniczymi chemikaliami, że zmusza to nawet owady do ucieczki i do masowego wymierania w ludzkich zabudowaniach?
* * *
     Owych masowych śmierci naróżniejszych stworzeń zaczyna ostatnio być aż tak dużo, że Google opracował nawet specjalną mapę która pokazuje gdzie i co tak masowo wyginęło. Na mapie tej odnośnikami z kropką zaznaczone są masowe śmierci które nastąpiły już w 2011 roku. Oto link do owej mapy: mapa masowych śmierci żyjątek.